← Nasz BlogO serii 26/01, mini tote bag
16 sierpnia 2026

Wtedy mieszkałem jeszcze przy Stawowej, niedaleko dworca kolejowego. W mojej okolicy było kilka second-handów. Dwa z nich lubiłem najbardziej — jeden przy dworcu, a drugi, o wiele większy, niedaleko Renomy we Wrocławiu. Właściwie to właśnie tutaj mieszkam — we Wrocławiu.
W second-handach są promocje, a każdy ma swój własny „najtańszy” dzień. To taki dzień, kiedy nie płacisz za kilogram, tylko stałą kwotę za sztukę. Starałem się chodzić właśnie wtedy, bo jeansy potrafiły mi nieźle podbić cenę. W tym większym second-handzie przy Renomie najtańszy dzień przypadał na czwartek i zawsze po pracy starałem się tam dotrzeć przynajmniej dwie godziny przed zamknięciem, żeby upolować jakieś dobre jeansy — przede wszystkim niepodarte i niebrudne. No i nie ze stretchu, chociaż czasami, bardzo, bardzo rzadko, mogę go wziąć, jeśli nie jest zbyt rozciągliwy i podoba mi się jego kolor.
Ogólnie, choć idę po jeansy, nie zbieram wyłącznie denimu. Wtedy poszedłem nawet nie w czwartek, tylko w środę, bo tego dnia wybór jest trochę większy niż w najtańszy dzień i tak dalej. Ale tym razem udało mi się wyłowić tylko jedną parę jeansów. Zasmuciłem się, westchnąłem i poszedłem na koniec sklepu, gdzie były ręczniki, zasłony, pościel. Jeszcze coś. Tam od czasu do czasu udawało mi się wyłowić całkiem przyzwoite kawałki materiału, resztki. Bardziej lub mniej przycięte, ale nadal świetnie nadawały się na torby.
Poszedłem więc tam z tą jedną parą, myśląc, że dzisiejszy połów jest raczej mizerny. Szedłem po rekina, a złowiłem karasia.
Podchodzę, patrzę. Wyłowiłem jedną pościel. Drugą. Spodobały mi się wzory, proste. „Pójdą na torby” — pomyślałem. I zobaczyłem grubszy materiał. Wziąłem go. Obróciłem kilka razy w rękach — okazało się, że to jakiś pokrowiec na poduszkę do sofy. Spojrzałem na metkę. IKEA.
"Kurde, fajnie!" — pomyślałem. "Trzeba brać" — zdecydowałem. I wziąłem.
Mój pokój przy Stawowej był mały. Jeden stół był zawalony moją wciąż niedokończoną powieścią, telewizorem plazmowym i laptopem. Ten stół był stołem do literatury, nie do rzemiosła — prawie w ogóle na nim nie szyłem. Nawet na podłodze nie mogłem normalnie rozłożyć materiału. Moja mama często tak robi w domu — rysuje i kroi prosto na podłodze.
Ale niedługo później przeprowadziłem się do większego pokoju, w innej, malowniczej części miasta, i zacząłem szyć aktywniej. Właściwie to właśnie w tamtym pokoju stworzyłem swoją pierwszą serię. Stał tam nie tylko stół literacki, ale również osobny stół do szycia, który oddał mi stary przyjaciel, kiedy wymieniał meble w swoim biurze. Swoją drogą, ten stół też jest z IKEA.
No więc. Z tych pokrowców — a były aż trzy — uszyłem 8 sztuk mini tote bag. Sympatyczne małe torby z podszewką i dwiema pętelkami na karabińczyki. Szczerze mówiąc, początkowo miały to być pętle na sznur — paski do noszenia na plecach. Ale jeśli torba jest ciężka, takie pętle wywijają bok torby i cały jej wygląd gdzieś się gubi. Szkoda.
Zrezygnowałem więc ze sznura i plecaka i uznałem, że dwie pętle na karabińczyki też nie są takie złe. A torbę trzeba będzie nosić w rękach. Nie na imprezy, ale na lunchbox — w sam raz. Sympatycznie, stylowo, indywidualnie.
Jak bardzo mogłoby rozbłysnąć miasto stylem, gdyby ludzie zaczęli kupować takie małe torby? Piękna sprawa.
To moja pierwsza seria, którą szyłem prawie dwa tygodnie, ale w trzech podejściach. A pomiędzy nimi chodziłem do pracy, szukałem nowej, biegałem do hurtowni z akcesoriami i wybierałem detale, nici oraz metalowe dodatki do kolejnej torby.
Pomiędzy kolejnymi podejściami robiłem też torby próbne. Były aż cztery, a szablon przerabiałem trzy razy. Ręcznie. Na papierze, jak kiedyś. Po oldschoolowemu, bez laptopów i programów. Rysowanie odręczne.
Potem testowałem technologię i kolejność obróbki poszczególnych elementów. Błąd za błędem. Przypominałem sobie, jak szyje się w fabrykach, gdzie zdążyłem zarówno odbyć staż, jak i przepracować pół roku na krojowni. Przypominałem sobie, jak szyje moja mama, czego uczyli w szkole zawodowej i w końcu — seria wyszła spójna i nienaruszona.
Siedem z ośmiu sztuk trafiło na stronę, jedną zostawiliśmy dla siebie.
Dwie z ośmiu testowo wyprałem w pralce i zrozumiałem, że tych toreb nie można prać w pralce. Pralka niszczy twill — materiał, z którego wykonane były pokrowce IKEA — i to jest bardzo ważne. Oczywiście materiał staje się wtedy bardzo miękki, ale struktura jego splotu traci swoją wytrzymałość i istnieje ryzyko, że torba nie posłuży Wam tak długo, jak sam zakładam.
Ogólnie są to małe torby. Są stworzone do długiego noszenia. Mają charakter i będą żyć — już nie jako pokrowce na sofę, ale jako **tote bag**.
I właśnie to robi "ivashko, upcycling studio" — daje rzeczom drugie życie, żeby mogły służyć dłużej, niż mogliście przypuszczać.
Bo dlaczego nie?
No i tak to wygląda. Ciąg dalszy nastąpi.